Bez kategorii

Falochron

Doświadczenie Bożej obecności, na co kładzie nacisk św. Benedykt w jego drodze duchowego zmierzania ku Panu, jest rzeczywistością miłości. Miłość zaś przynagla nas do tego, by dzielić się nią z innymi. By wiarę wyznawać ustami. To ostatnie z kolei, jak podkreśla u progu roku wiary Benedykt XVI w liście Porta fidei, „wskazuje, że wiara oznacza zaangażowania i publiczne świadectwo. Chrześcijanin nigdy nie może myśleć, że wiara jest sprawą prywatną. Wiara jest decyzją na to, żeby być z Panem, aby z Nim żyć. To «bycie z Nim» wprowadza do zrozumienia powodów, dla których się wierzy. Wiara, właśnie dlatego, że jest aktem wolności, wymaga również odpowiedzialności społecznej za to, w co się wierzy. Kościół w dniu Pięćdziesiątnicy ukazuje z całą oczywistością ów wymiar publiczny wiary i głoszenia jej bez lęku każdej osobie. Jest to dar Ducha Świętego, który uzdalnia do misji i umacnia nasze świadectwo, czyniąc je śmiałym i odważnym”. Powszechna intuicja podpowiada, że trudno dziś iść do świata – do pracy, do znajomych, do życia publicznego – i wykonywać swoje obowiązki tak, jak wykonałby je Chrystus. Dbać o Jego interesy w miejscach, do których docieramy z racji swojego stanu i obowiązków. Dlaczego tak jest? Wielokrotnie spotkamy się dzisiaj z doświadczeniem, że panuje przyzwolenie na działania opresywne wobec katolików i jednocześnie zdecydowany sprzeciw wobec jakichkolwiek – nawet domniemanych – objawów dyskryminacji względem mniejszości seksualnych lub ze względu na płeć. Można zadać sobie pytanie, czy w takich warunkach możliwy jest dialog człowieka, który chce do tej wrzawy mówić językiem ciszy i pokory Boga. Benedykt XVI dopowie: „Nie możemy zapominać, że w naszym kontekście kulturowym wielu ludzi, choć nie rozpoznają w sobie daru wiary, szczerze poszukuje ostatecznego sensu i definitywnej prawdy o swym istnieniu i świecie”. Wobec tego nie wolno nam zaprzestać wchodzenia w dialog z kulturą i ludźmi, jakże odmiennymi od nas, gdy uwzględnimy ich zapatrywania aksjologiczne i przekonania społeczno-kulturowe. Z mojego choćby doświadczenia wynika, że jest to starcie bardzo bolesne, gdzie o wiele ważniejsza jest niezłomność postawy i sprawiedliwość działania niż słowa.

Jakkolwiek mnich może nam się kojarzyć z życiem w klasztorze – miejscu, w którym najpełniej odżywa jego tożsamość – św. Benedykt nigdy ich w pełni nie zamknął za murami domu zakonnego. Ma świadomość potrzeby i konieczności wyjścia do innych, choć dostrzega w tym pewne zagrożenia i stawia wobec tych mnichów ważne wymogi dotyczące ich postępowania. Jego zdaniem zawsze należy pozostać wiernym, oczywiście – zgodnie z jego sposobem racjonalizowania wymagań – rozsądnie, stosownie do możliwości (reguła 50.4). By strzec tej niezwykłej przestrzeni serca, gdzie stale przebywamy z Bogiem (tej części serca, która jest za klauzurą) Mnich przestrzega przed rozproszeniem. Mówi: „Dlatego też ze względu na ważność milczenia, nawet na rozmowy dobre, święte i budujące należy rzadko pozwalać uczniom dojrzałym, bo jest napisane: «Nie unikniesz grzechu w gadulstwie» (Prz 10,19)” (reguła 6.3). W odniesieniu do życia świeckich zalecenia tego nie można rozumieć dosłownie. Wyprowadzamy z niego wskazówki dotyczące skupienia i staranności w strzeżeniu swojego postępowania, by „przejść przez życie czyniąc dobrze”. Bez takiego wysiłku łatwo zagubić się w rozmowach i myślach, które przy nich powstają; łatwo „przegapić” człowieka; łatwo dopuścić do siebie emocje wzburzenia i żalu. A przecież wprost mówi św. Paweł: „Niech zniknie spośród was wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważanie – wraz ze wszelką złością” (Ef 4, 30). Przedłużeniem tej myśli Benedykta jest dwunasty stopień pokory według jego koncepcji tej drogi duchowej. Mówi on o tym, że: „[M]nich nie tylko w sercu, ale także w samej postawie okazuje zawsze pokorę oczom ludzi”. Ojciec monastycyzmu nie wyobraża sobie lekkomyślnej lekkości i rubaszności w codziennym postępowaniu, która usypia czujność strażników serca człowieka. Powiada, że zawsze trzeba strzec swojego postępowania i mieć pewność, że wszędzie tam, gdzie jesteśmy, w każdej chwili Aniołowie zdają na bieżąco relację z naszego postępowania Bogu Ojcu.

Benedykt wprost przewiduje, że wyjście poza klasztor – poza najbliższy świat, w którym żyjemy, poza nasz dom – jest dla człowieka zagrożeniem. Wprowadza następującą regułę: „Kiedy zaś bracia wrócą z podróży, w dniu swego powrotu, w czasie każdej godziny kanonicznej, pod koniec Służby Bożej, niechaj rzucą się na ziemię w oratorium i proszą wszystkich o modlitwę ze względu na błędy, które mogli popełnić w drodze słysząc lub widząc jakieś złe rzeczy lub wdając się w próżne rozmowy” (67.3–4). Proszę zauważyć, tu nawet nie ma miejsca na dobre samopoczucie, że się udało. Brak świadomości upadku nie znosi obowiązku prośby o przebaczenie. Benedykt ma świadomość, że okulary, które mamy na nosie są mocno zabrudzone i nie wszystko widać wyraźnie, mimo naszych najszczerszych chęci. Zresztą jest w tym ukryta dobroduszna wyrozumiałość – nasza codzienność jest dla nas prawdziwym wyzwaniem, które Bóg rozumie, dostrzegając naszą słabość i ułomność a stawiając na prawe intencje, czujność i służbę miłości.

Przede wszystkim jednak perspektywa wiary, doświadczenia miłości Chrystusa, ma być dla nas w otaczającym nas napięciu społecznym źródłem mocy i spokoju. Jakkolwiek morze by nie było wzburzone, falochron musi twardo rozbijać napierającą wodę. W duchowości benedyktyńskiej panuje przekonanie, że pokorna prawda i spokój Bożego człowieka mają taką właśnie moc. Takie jest konieczne świadectwo wiary.

Autor: Michał Królikowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *